Ta strona używa plików cookies.
Polityka cookies    Jak wyłączyć cookies?
AKCEPTUJĘ
Kocham Radzyń Podlaski

  Kochamy nasze miasto i jesteśmy z niego dumni!

Zawsze będziemy mieli powód, aby do Indii powrócić

Robert Mazurek

Dzisiaj (12 grudnia) o godz. 18.00, w galerii "Oranżeria" Radzyńskiego Ośrodka Kultury, odbędzie się spotkanie z podróżnikami Dorotą Wójcikowską i Witoldem Palakiem. Oczekując na to wydarzenie zapraszamy do lektury wywiadu Roberta Mazurka z gośćmi 30. edycji "Radzyńskich Spotkań z Podróżnikami".

Uprawnienia na motocykl uzyskałeś w wieku 55 lat i to dopiero za czwartym podejściem. Skąd więc pomysł na poznawanie Indii z perspektywy motocyklowego siodełka?

Witek: Mój ojciec i jego bracia byli zapalonymi motocyklistami. Jedynie ja byłem taką „czarną owcą” w tej motocyklowej rodzinie. Ale jakiś gen motocyklisty widocznie tkwił uśpiony. Podziwiałem turystów wożących na małych motorkach egzotyczne panny, śmigających niezależnie od transportu publicznego po tropikalnych i górskich drogach. Ale chyba takim bodźcem bezpośrednim było hobby mojego przyjaciela z Australii, Roberta Hodge’a, z którym zwiedziłem kilka kontynentów. Autobusowo. I to on zawsze kręcił nosem, że taka ofiara ze mnie, że nie mogę towarzyszyć mu na moto. W końcu nie wytrzymałem i w 2011 r., w Wietnamie, wypożyczyłem mały motorek, 115 cc, i pohasałem cały dzień po górskich dróżkach. Odtąd zawsze, w każdym punkcie swojej podróży po Wietnamie, Kambodży, Laosie czy Birmie pierwsze pytanie w hotelu brzmiało: „Macie motocykl do wynajęcia?”. Rok później zabrałem syna, który właśnie skończył podstawówkę, do Indii, z zamiarem przejechania indyjskich Himalajów na kupionych tam, mocno używanych motocyklach. Udało się. Prawa jazdy zdaliśmy kilka dni przed wylotem do Delhi. Po tej podróży już wiedziałem, jak wyglądać będą następne lata. Swoją wizją zaraziłem Dorotę i rok później byliśmy znów w Manali, u podnóża Himalajów.

Podróżowaliście na jednym motocyklu. Nie lepiej/wygodniej byłoby oddzielnie?

Dorota: Zdecydowaliśmy się podróżować na dwóch motocyklach. Jazda oddzielnie wydawała się jedyną opcją. Nasz bagaż był pokaźny, a wiadomym jest, że łatwiej manewrować lżejszą maszyną. Jednak ryzyko wiązało się z moim niezbyt dużym doświadczeniem w prowadzeniu motocykla szczególnie w tak trudnych warunkach, jakie panują w Indiach. Lewostronny ruch, chaos na drogach oraz absolutna nieprzewidywalność – to realia, jakie tam panują. Trochę trwało zanim znaleźliśmy dwa motocykle – Royal Enfield Electra, oba o pojemności 350 cc. Oczywiście oba używane, z nieznaną historią użytkowania i serwisowania. W Manali – miasteczku, w którym mieliśmy swoją bazę – trenowaliśmy codziennie jazdę, aby oswoić się z tamtejszymi warunkami na drodze. Tuż przed planowaną datą rozpoczęcia wyprawy doszło do zdarzenia, które wywróciło wszystko „do góry nogami”. Z pozoru niegroźna kolizja mojego motocykla z rikszą spowodowała, że zjechałam w kierunku przepaści zawieszając się na jedynej na tym odcinku drogi półce skalnej. Motocykl został poważnie uszkodzony i nie nadawał się do jazdy. Pomimo licznych siniaków i zadrapań mój zapał nie zmalał. Decyzja jednak zapadła taka, iż redukujemy nasz bagaż do niezbędnego minimum i ruszamy w trasę na jednym motocyklu.

A były takie momenty, w których maszyna nie dawała rady i musieliście rezygnować ze wspólnej jazdy?

Dorota: Gdy ruszyliśmy z Manali w kierunku pierwszej himalajskiej przełęczy Rothang, w głowach mieliśmy myśli, że za chwilę wrócimy do punktu startowego. Zbyt duży balast i niesymetryczne rozłożenie ciężaru powodowały, że nawet na prostej drodze trudno było opanować motocykl. Pierwsze kilometry wskazywały raczej na fiasko. Ale parliśmy do przodu. Po przejechaniu w ciężkich warunkach pierwszych 50 km zapadła decyzja: „Kontynuujemy jazdę i wbijamy się głębiej w Himalaje”. W górach, na wysokościach 4-5 tys. m, nasz motocykl nie dawał jednak sobie rady. Powód? Za mała moc silnika na dwóch pasażerów i ciężkie cargo plus rozrzedzone powietrze. Wielokrotnie na podjazdach musiałam zeskakiwać z motocykla i pchać go, by nie dopuścić do zatrzymania silnika. Odpalenie go na tych wysokościach graniczyło z cudem. Utrudniał to również brak rozrusznika elektrycznego, a kopanie trwało czasem kilka minut. Ta czynność najczęściej należała do mnie, miałam jakąś „lepszą nogę” (śmiech). Kiedy Witek ruszał, musiał dojechać – sam – do w miarę płaskiego odcinka. Czasem było to kilkaset metrów dalej. I wyżej. Ja musiałem dojść na piechotę, dźwigając dodatkowo niewielki, ale ciężki plecak. Kilka razy udało mi się złapać „stopa” i podjechać do góry. Bywało, że taka „zabawa”, zdarzała się kilka razy dziennie. To, jak mozolnie nasza ciemnozielona maszyna wspinała się po górach, zainspirowało nas, by nadać mu imię – „Zielony Osiołek”.

Dlaczego na swojego towarzysza podróży wybraliście markę Royal Enfield?

Witek: RE to kultowy motocykl indyjski, produkowany zresztą przez dziesięciolecia w Wielkiej Brytanii. Jakościowo coś pośredniego pomiędzy polskim Junakiem a SHL-ką, ale w Indiach o pozycji Harleya Davidsona. Reperowany młotkiem w każdej indyjskiej zagrodzie. Tani w użytkowaniu, pracowity jak osioł, mało seksowny, o archaicznym wyglądzie, ale to w końcu absolutny klasyk!

Czy fakt podróżowania na tej kultowej w Indiach maszynie przysparzał wam dodatkowych bonusów?

Witek: Zdecydowanie tak! Od razu czuliśmy się, jak ktoś z wyższej kasty! Mając dodatkowo znakomite kaski SHOEI i stroje firmy MODEKA, wyglądaliśmy jak prawdziwi, profesjonalni motocykliści, co na indyjskiej ulicy jest raczej ewenementem. Pomimo, że nasz pierwszy motor był używany, 8-letni, to i tak traktowani byliśmy z należnymi honorami. Gdybyśmy podróżowali na przykład na równie kultowym, lecz w Europie BMW GS 1200, patrzono by na nas z respektem, ale również traktowano jako osoby z innej planety. Dodatkowo z dużym portfelem, który należy pomóc opróżniać podwyższonymi cenami. A na Royalu byliśmy traktowani jak swojaki, równi goście, którym wypada pomóc, a nie ich oskubać.

Często Wasz motor ulegał awariom? Jak sobie z tym radziliście?

Witek: 8-letnia i nieznana przeszłość naszego pierwszego motocykla plus niewielki poziom naszej wiedzy mechanicznej musiały w końcu skutkować niespodziankami. Ale byliśmy w Indiach! Tam co drugi gość to mechanik, a stawki mają takie, jak Polacy 50 lat temu! Niepotrzebne jest żadne doświadczenie mechaniczne, pomocnicy znajdą się wszędzie, a uczynność Hindusów jest wręcz nieprawdopodobna. Ich pomocy doświadczaliśmy przy każdej awarii. A trochę ich było, zwłaszcza na końcowym etapie tej pierwszej podróży. Za niewielkie pieniądze podwozili do najbliższego mechanika, najczęściej pakując motocykl razem z bagażami na pakę ciężarówki. A jak nie mogli sami pomóc, to natychmiast telefonowali do znajomego, a ten już wiedział, co robić. Przykładowo – naklejenie łatek na przebitą dętkę, łącznie ze zdjęciem i założeniem koła (tylnego, bo to dużo trudniejsze) kosztowało średnio 1 dolara! A wymiana całego układu napędowego – obie zębatki plus łańcuch – niewiele ponad 100 złotych! Zaś transport motocykla razem z nami w Himalajach, 30 kilometrów nad przepaściami, łącznie z załadunkiem i rozładunkiem – 50 złotych! Nawet w sytuacjach podbramkowych zawsze znalazł się jakiś wybawca. Ale tak było w 2014 r., kiedy penetrowaliśmy Indyjskie Himalaje i zjechaliśmy na południe, na plaże Goa. Tam motocykl szczęśliwie sprzedaliśmy i rok później zdecydowaliśmy się na zakup prosto z salonu, z zerowym przebiegiem. A to dawało gwarancję niemal 20 tys. km bez większych problemów.

Co jest dla Was najciekawsze w podróży motocyklowej?

Dorota: Wolność. Dzięki temu, że podróżujemy na motocyklu, mamy możliwość dotarcia do miejsc, o których nie mielibyśmy pojęcia, jadąc np. autobusem. Sami decydowaliśmy o kierunkach, postojach, miejscach na posiłek lub nocleg. Ta wolność wyboru była dla mnie najcenniejsza. Doceniłam również podróżowanie z pozycji pasażera na motocyklu. Mogłam podziwiać piękne widoki i obserwować okoliczne życie w czasie jazdy, co nie jest możliwe dla kierującego, który musi być skupiony na tym, co dzieje się na drodze. A w Indiach na drogach nie jest łatwo.

Witek: Ludzie. Krajobrazy są bardzo pociągające, muzea nas nie bawią, ale do ludzkich serc dostęp mają tylko nieliczni. Stąd różnica pomiędzy turystą a podróżnikiem. My staraliśmy się jak najbardziej poznać życie lokalsów, ich mentalność, duchowość, codzienność i wyjątkowość tradycyjnych obchodów i świąt. Nie mając żadnego przewodnika, narzucającego swoją wizję, a raczej program wycieczki, mogliśmy tak manewrować, aby czuć stuprocentową satysfakcję z tego, co robimy. Stąd często zostawaliśmy w pewnych miejscach znacznie dłużej, niż było planowane. Zresztą pojęcie „plan” raczej było obce w naszej podróży. Wolność decyzji, totalna elastyczność, a przede wszystkim swoboda podróżowania i brak limitu czasowego (poza długością wizy) – to były najmocniejsze atuty naszej podróży.

Wielokrotnie byliście w Himalajach. Czy nie są to za zimne rejony świata na podróże motocyklowe?

Dorota: W górach, na wysokości powyżej 4 tys. m, wiatr wieje z dużą siłą. Zdarzało się, że padał deszcz lub śnieg, bywało bardzo zimno. Ubieraliśmy wszystkie ciepłe ubrania, jakie mieliśmy – grube rękawice i ocieplaną odzież motocyklową. Pomimo tego, że mieliśmy solidne, szczelnie zamykane kaski, to musieliśmy dodatkowo osłaniać twarze chustami. Popękane, krwawiące usta i zasmarkane nosy to była codzienność. Dochodziły do tego problemy związane z przebywaniem na znacznych wysokościach – zmęczenie, brak snu, kłopoty z oddychaniem. Nocleg w górach to również nie lada przeżycie. Tymczasowe miejsca noclegowe w postaci budek z blachy falistej lub namioty, które były bardzo przewiewne, nie pozwalały na to, by się rozgrzać po całym dniu jazdy. Hindusi nie stosują ogrzewania w takiej formie, jaka jest nam znana. Najczęściej palone są ogniska, wokół których gromadzą się chętni do ogrzania. Grube i ciężkie, ręcznie pikowane kołdry, nakładane jedna na drugą, ratowały nas przed totalnym wychłodzeniem. Na jednej z przełęczy, już powyżej 5 tys. m, nastąpiło załamanie pogody. Obfite opady śniegu oraz niska temperatura sprawiły, że jazda stała się bardzo niebezpieczna – znowu musiałam łapać „stopa”. Udało nam się szczęśliwie pokonać te trudności, chociaż było naprawdę ciężko. Jednak okoliczności przyrody oraz cudowni ludzie oraz miejsca, jakie spotykaliśmy, rekompensowały wszystko.

Jak to jest z przepisami ruchu drogowego w Indiach? Czy naprawdę na indyjskich drogach rządzi klakson?

Witek: No to tu cię zaskoczę – na indyjskiej drodze czuliśmy się bezpieczniej, niż na eleganckiej europejskiej autostradzie. Kiepska nawierzchnia, trudny geograficznie rejon, nieprzewidywalność manewru innych uczestników ruchu drogowego, zmuszały mnie do włączenia instynktu, który w „cywilizowanym świecie” jest uśpiony. Wierząc w nieomylność znaków, przepisów, często prujemy po gładkiej nawierzchni tak jakby pewni swojego losu. Tymczasem w Indiach absolutny brak poszanowania dla tradycyjnych norm kierowania pojazdami wszelakimi wymaga czujności,, ale przede wszystkim akceptacji najważniejszej reguły – „Większy ma zawsze pierwszeństwo”. Dotyczy to zwłaszcza autobusów i ciężarówek. To ich kierowcy rządzą na jezdni! I biada białasowi, który myśli, że obserwuje go egzaminator na prawo jazdy. Ci, którzy chcieliby przestrzegać naszych przepisów, natychmiast wzbogaciliby statystykę wypadków drogowych. Obserwowanie ruchu innych kierowców, dostosowanie do ich stylu, trochę odwagi i pewności siebie w równoczesnym łamaniu przepisów i brak reakcji na wściekłe klaksony wszystkich na drodze – daje szansę na bezkolizyjne poruszanie się. A wspomniane trąbienie to nie agresywne zmiatanie wrogich kierowców, lecz sygnał ostrzegawczy, informacja o swojej obecności w ruchu, a także znak dla zawalidrogów, że oto jedzie ktoś silniejszy lub sprytniejszy. Hindusi, którzy normalnie są niemal leniwi, spokojni, nigdzie się nieśpieszący, na drodze dostają takiego kopa aktywności, jakby liczyli każdą sekundę swojego życia. Dotyczy to zwłaszcza miast i dobrych dróg. W górach każdy łagodnieje, budzi sobie czasem dżentelmena, a na pewno osobę służącą bardziej pomocą niż pięścią.

W podróży spędzacie ze sobą 24 godziny na dobę. Często zdarza się Wam pokłócić?

Dorota: No właśnie, to bardzo ciekawe. Kiedy jesteśmy w domu w Polsce, zdarza się, jak u większości ludzi, że są jakieś sytuacje konfliktowe, „fochy” i temu podobne. Podróż w jakiś magiczny sposób wszystko zmienia – to takie przejście na drugą stronę lustra. Tworzymy jeden organizm. Każde z nas odpowiada za coś innego w podróży, a dobór jest wręcz intuicyjny. Nie ma rywalizacji a jedynie współpraca i naprawdę dajemy z siebie wszystko. To sprawia, że nawet w momentach, kiedy jest trudno – bo podróżowanie w naszym wydaniu to ciężka „harówka”, my zachowujemy pogodę ducha.

Witek: Naukowcy dowiedli kiedyś w jakimś brutalnym doświadczeniu, że szczury zamknięte na dłuższy czas w jednym niewielkim pomieszczeniu, po początkowej współpracy, zaczynają się w końcu nawzajem zagryzać. Na szczęście ta reguła nas ominęła. Magia miejsc, pasja przemieszczania się, radość z nowych doznań, brak czynnika rywalizacji, ale przede wszystkim wzajemny szacunek, pozwoliły nam na względnie bezkonfliktową podróż. Naturalnie zdarzały się chwile nerwowe, kiedy to głównie ja pozwalałem swoim emocjom na pofolgowanie, ale na szczęście znająca mój charakter Dorota nie podejmowała bezsensownej dysputy i pozwalała mi na „oczyszczenie się”. W Indiach szalenie trudno jest zachować spokój, tak nieobliczalnie różni potrafią być Hindusi, a ich zachowanie na drogach jest ciężkie do spokojnej pobłażliwości i akceptacji. I to były chyba główne chwile napięcia. A kłótnie poza jazdą? Były raczej na poziomie i wartości przysłowiowej „przesolonej zupy”, więc zupełnie nieistotne. Trzymała nas pasja, adrenalina i nienaturalnie wysoki poziom endorfin! (śmiech).

Jakie cechy cenicie w sobie nawzajem podczas podróży?

Dorota: Witek to „piękny” umysł. Jego ciekawość świata oraz odwaga bardzo mi imponują. Ciągle w jego głowie rodzą się jakieś ciekawe koncepcje, które potem razem realizujemy. On ogarnia całe planowanie i logistykę, naturalnie wspieram go tak, jak potrafię. Witek ma duże poczucie estetyki, dlatego często trafialiśmy do miejsc, w których widoki zapierały dech w piersiach, co widać na naszych zdjęciach i filmach. Jest bardzo komunikatywny, no i umie się targować – to taki jeden z jego talentów (śmiech).

Witek: Dorota to wielkie serce, życzliwość i oaza spokoju. Jej szacunek dla innych kultur, ludzi o odmiennym myśleniu, wyglądzie i statusie społecznym, a także nieschodzący z twarzy uśmiech, nie tylko łamały większość barier, przysparzały nam przyjaciół i ułatwiały wyjście z wielu podbramkowych sytuacji, ale także łagodziły mój chropowaty czasem charakter i stylizowanie się na „macho” i „króla dróg”. Zaś jej zdolność adaptacji do niewygodnych, trudnych do zaakceptowania przez kobietę warunków, powaliłaby na łopatki niejednego supermana! Jej nietłumiona radość dodawała mi sił i łagodziła trudy. Wspaniała też była jej chęć poznawania nowych sytuacji i ludzi.

Z góry macie ułożony plan swoich podróży, czy powstaje on na bieżąco?

Witek: Zawsze wiemy, w jakim mieście wylądujemy po wylocie z kraju. I tam nasza planowość się kończy. Mamy chimerycznie naszkicowany w głowach zamysł, wiemy, o co nam chodzi, posiadamy podobne zainteresowania, zarówno geograficzne, jak i kulinarne, podobny poziom energii, a z rzeczy przyziemnych – czas i trochę gotówki, więc cenimy sobie ten komfort kreowania podróży według reguły „Zobaczymy, co kolejny dzień przyniesie”. Oczywiście codziennie przygotowujemy się do tego następnego dnia, musimy też myśleć o zakończeniu danego etapu, a więc znać miejsce, gdzie zostawiamy nasz motocykl do następnego sezonu. Ale zawsze są to miejsca i ludzie, którzy pojawiają się w trakcie podróży. Wielokrotnie kierujemy się podpowiedziami przygodnie spotkanych ludzi, najczęściej Hindusów.

A kto jest kierownikiem Waszych wypraw i podejmuje najważniejsze decyzje?

Dorota: Oczywiście Witek jest kierownikiem i to on podejmuje najważniejsze decyzje. Ja natomiast jestem kierowniczką i te decyzje zatwierdzam (śmiech).

Jak, jako kobieta odnajdujesz się w motocyklowych podróżach? Co jest dla Ciebie najtrudniejsze?

Dorota: Większość moich koleżanek wróżyła mi powrót do domu po tygodniu takiej podróży. Znały moje zamiłowanie do ładu, spokoju, elegancji i czystości. A także do estetycznego wyglądu i ubioru. W trakcie podróży wszystkie te cechy powoli traciły na ważności, przesuwały się na dalszy plan. Nie znaczy to, że stawały się nieważne. Po prostu coś innego nabierało takiej wartości, że nie dało się tych spraw pogodzić. Najtrudniejsze było chyba siedzenie na niewygodnym siodełku przez wiele godzin dziennie i kiepska amortyzacja. Mój tyłek i kręgosłup bardzo to odczuwały. Wymyśliliśmy kilka patentów usprawniających, ale dalej był to jeden ze słabszych punktów podróży. Inną trudnością była konieczność rezygnacji z codziennej toalety, ale na wysokości 4,5 tys. m, przy minusowej temperaturze i lodowatej wodzie w prymitywnej, równie zimnej „łazience” była to czynność nieosiągalna. A na południu Indii, w upalnym klimacie, podróżowanie w przepoconej koszulce, w pełnym motocyklowym „umundurowaniu”, na pylistej, zatrutej spalinami ciężarówek drodze, stawało się koszmarem. No ale wtedy przynajmniej wieczorem mogłam liczyć na długi prysznic! (śmiech).

Czy w jakiś sposób obecność Doroty przełamywała wśród Hindusów bariery? Otwierała drzwi, których normalnie byś nie otworzył?

Witek: Jak już wspominałem, osobowość Doroty pozwalała na zjednywanie sobie dusz. Kobieta czy dziecko to zawsze czynnik zwiększający poczucie bezpieczeństwa i gwarancja spokoju, a tego wymają tubylcy w każdym spotkaniu z nieznajomym. Para małżeńska od razu budzi sympatię, a jeśli ta para uśmiecha się, chyli głowę i nie jest zbyt nachalna w chęci poznania, w krótkim czasie dystans się zmniejsza. Poza tym kobiety są zawsze bardziej ciekawskie, stąd obecność Doroty umożliwiała lepszy kontakt z damami z jakiegoś poznanego plemienia czy wioski. Często to one traktowały niewiastę z innej kultury jako ciekawostkę. Na pewno wyglądałoby to inaczej, gdybym podróżował z rosłym kompanem mojej płci.

Jesteście pierwszymi Polakami, którzy objechali całe Indie na jednym motocyklu. Skąd pomysł na taki projekt? Jak długo go realizowaliście?

Witek: Na świecie żyje wiele osób, które dokonały czynów niebywałych, przekraczających utarte normy, a mimo to pozostających w cieniu. Nie trąbią na lewo i prawo o swoich wyczynach, a być może powinni znaleźć się w nagłówkach gazet. Ja, zanim odważyłem się na takie sformułowanie, przewertowałem literaturę i Internet, w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji na ten temat. Jedyne, co znalazłem, to opinie motocyklistów, którzy określali indyjskie drogi jako najgorsze (najbardziej niebezpieczne) na świecie. Nikt nie chwalił się, że przejechał Indie dookoła. Polacy jeżdżą po Indiach na motocyklach, jednak nie są to podróże kilkuletnie, ani aż tak długie, jeśli chodzi o trasę. My dotarliśmy to każdego indyjskiego stanu, poznaliśmy większość interesujących miejsc i kultur, objechaliśmy Indie dookoła, docierając do skrajnych geograficznie punktów tego olbrzymiego kraju. A sam pomysł wcale nie powstał jako chęć bicia rekordów czy zaimponowania komuś. Po prostu po dotarciu spod granicy pakistańskiej do birmańskiej, w stanie Nagaland, nie wiedzieliśmy, co zrobić z motorem. Akurat kupiliśmy „nówkę”, prosto z salonu RE i po półrocznej jeździe głupio było się go pozbywać. Zresztą musielibyśmy wrócić do jego oficjalnego właściciela, naszego przyjaciela Arshdeepa, w Manali w stanie Himachal Pradesh, a tam akurat była zima. Pomysł urodził się więc bardziej z konieczności, niż z planów i marzeń. Jego realizacja zajęła nam równo 3 lata, z przerwami na powrót do Polski po nowa wizę indyjską (nie było wtedy jeszcze wiz zdobywanych online). Poważnym czynnikiem był również klimat w danym rejonie Indii, więc podróż dostosowywaliśmy do optymalnej pory roku. Tu ciekawostka – z premedytacją ominęliśmy największą, najsłynniejszą, a co za tym idzie – najbardziej obleganą przez tłumy turystów atrakcję Indii – Taj Mahal. A byliśmy zaledwie 11 km od Agry, gdzie to słynne mauzoleum się znajduje! Zasze będziemy mieli jeszcze jeden powód, aby do Indii powrócić. Zresztą nasz motocykl ciągle tam jest.

Jakie macie podróżnicze plany na przyszłość – wracacie do Indii czy może wyruszacie w inne rejony świata?

Dorota: Plany i marzenia wirują po głowie non stop. Indiami jesteśmy już nasyceni, bardziej tęsknimy w nich za poznanymi tam przyjaciółmi, niż za zwiedzaniem. Poza tym pora na zmianę modus operandi. Istnieje już pewien szalony plan. Witek go wymyślił, a ja coraz bardziej wkręcam się w temat. Mamy ponad pół roku na przygotowanie – zarówno sprzętowe, jak i finansowe. Ma być inny kontynent, inne społeczności plemienne, nieco bardziej rozbudowany sposób poruszania się. Ale motocykl będzie w tę podróż jak najbardziej wplątany! Nie zdradzamy do końca, co, jak i gdzie, aby potem nie odszczekiwać rzuconych słów. Jeśli plan wypali – będzie bardzo kolorowo, egzotycznie, ciekawie i trochę niebezpiecznie. Podnosimy poprzeczkę, jakościową również.

W takim razie życzę Wam realizacji tych planów i czekam na kolejną książkę – bo wierzę, że takowa powstanie.

Witek: Tak. Wydawnictwo „Poznaj Świat”, które opublikowało dwie poprzednie książki – „Motocyklem przez Indie” i „Wigilia wśród łowców głów”, wkrótce wypuści na rynek ostatnią część naszej „Indyjskiej Trylogii Motocyklowej”, jak pozwoliłem sobie nazwać naszą opowieść. Będzie to relacja z ostatniego etapu, właśnie dookoła Indii, na tle naszych doznań, emocji i przygód. Będzie kolorowo i ciekawie, bo pokazujemy Indie mniej znane i opowiadamy o pozornie nieistotnych ciekawostkach. Już zapraszamy do lektury, na razie tych dwóch, goszczących na półkach księgarskich. Jeśli choć jeden czytelnik zdecyduje się po ich przeczytaniu na podróż do Indii, będziemy czuli się jako osoby ze spełnioną misją! (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Dorota i Witek: My również dziękujemy.

 

Komentarze obsługiwane przez CComment

Kategoria: